Oficjalna strona Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego

Każdy karabin ma inny głos

Każdy karabin ma inny głos

Niedowidzący Piotr Garbowski mógłby być ojcem wszystkich swoich rywali w Pjongczangu. Marzenie o igrzyskach paraolimpijskich spełnił w wieku 45 lat.

Nigdy wcześniej nie byłem na zawodach paraolimpijskich w biathlonie. Z podziwem patrzyłem jak na strzelnicy radzi sobie 18-letnia debiutantka Iweta Faron, pozbawiona prawej dłoni. Z jeszcze większym jak operuje karabinem Witold Skupień, który porażony prądem stracił obie dłonie. Ale, że w biathlonie w Pjongczangu startują także niewidomi i niedowidzący jak Piotr Garbowski i Łukasz Kubica? Jak, u diabła są, w stanie celować?

– Panie Piotrze, to co pan właściwie widzi na strzelnicy, leżąc dziesięć metrów od celu? – zapytałem nieśmiało.

– Jak to, co widzę? Nic nie widzę! Strzelam z zamkniętymi oczami – roześmiał się Piotrek.

– Jak wszyscy w mojej kategorii, strzelam na słuch. Wbiegam na strzelnicę, kładę się i nakładam słuchawki. Celuję laserem. Im bliżej „10” tym intensywniejszy sygnał. Cała sztuka polega na tym, żeby pociągnąć za spust wtedy, kiedy sygnał jest najgłośniejszy. Ale bardzo ciężko to wyczuć. Może i zbić tętno ze 180 uderzeń gdzieś do 130 – opowiada Garbowski.

foto: Bartłomiej Zborowski/PKPar

Najgorsze jest to, że każdy karabin ma inny „głos”, inaczej przemawia do strzelca. Nie da się tu przyzwyczaić do broni. Faron, Skupień i Rosiek mają karabiny dostosowane do swojej niepełnosprawności. Niewidomi i niedowidzących strzelają z broni dostarczonej przez organizatora.

– Dobiegam i kładę się tam, gdzie mi każe sędzia, przy jakimś przypadkowym karabinie. Nie da się więc go „oswoić” – tłumaczy Piotrek.

Narzeka, że wszystkie karabiny są dla niego za krótkie, bo spory z niego chłop – 185 cm – i ma długie ręce. Trener Jan Ziemianin mówi, że nie podoba mu się sylwetka Piotra na strzelnicy. Najlepsi Ukraińcy leżą płaściutko przywarci do ziemi. Dzięki temu wiatr mniej rusza karabinem. – Ja nie mogę się rozpłaszczyć, brakuje mi 15 cm kolby do ramienia – mówi Garbowski.

 

Skazany na biathlon

Choroba, na którą cierpi Garbowski to zwyrodnienie plamki żółtej w obu oczach. To genetyczna wada wzroku. Dotknęła wcześniej jego starsze rodzeństwo – siostrę i brata. Uchowała się młodsza siostra.

– Liczyłem, że i mi odpuści, bo długo czekała. Zaatakowała gdy skończyłem trzydziestkę. Nagle stwierdziłem, że nie mogę czytać gazety. Od razu zapaliła mi się lampka alarmowa, poszedłem się zbadać. Niestety diagnoza była taka jak u rodzeństwa. Ich choroba jest o wiele bardzie zaawansowana. U mnie udało się ją powstrzymać witaminami. Szczęśliwie nie straciłem wzroku do końca. Jestem w miarę samodzielny – mówi Piotrek.

 

Opowiada, że ma zamazane pole widzenia. Nie ma na to lekarstwa, nie pomoże żadna operacja ani okulary. – Ciężko mi było się z tym pogodzić, bo to choróbsko zwykle dopada palących papierosy, chorujących na nadciśnienie, po zawale serca. A ja przecież uprawiałem sport – mówi.

Bo Garbowski wrócił do sportu po 20 latach. W młodości trenował biathlon i to w jednym z najlepszych klubów w Polsce – słynnej kuźni talentów GLKS Karpaty Klimkówka. Każdy chłopak w Klimkówce był skazany na to, żeby przynajmniej spróbować. Piotrek jest z rocznika Tomasza Sikory. Z przyszłym srebrnym medalistą olimpijskim i mistrzem świata rywalizował w tych samych zawodach, choć głównie daleko za jego plecami.

Biegał do końca szkoły. Przestał jak poszedł do pracy. – Życie. Trzeba było zarabiać, wspierać rodzinę. Zostałem stolarzem. Robię meble w firmie „Akces” w Iwoniczu. Chętnie bym ją zareklamował, bo szefowie zawsze idą mi na rękę kiedy mam starty, życzą powodzenia. Niestety robimy meble wyłącznie na rynek skandynawski – Dania, Szwecja, Norwegia. Oni nam tu przysyłają swoją ikeę, ale sami wolą kupować nasze, ręcznie robione. To są bardzo porządne meble z czystego drewna, dębina, buk, żadnej płyty. W Polsce nic nie zostaje. Sam robię fotel, stół czy ławkę od początku do końca – opowiada Piotrek.

 

Wiek nie gra roli

Impulsem, który przebudził Piotra z letargu i kazał wrócić do uprawiania sportu mimo choroby oczu stały się narodziny syna. – Od małego stawiałem go na nartach. Biegowych, biegowych! Zjazdówek to ja nigdy w życiu na nogach nie miałem – zastrzega. – Sebastian od trzeciego roku zaczął brać udział w zawodach. Jeździłem razem z nim. Po dzieciach startowali starsi, a na końcu kategoria open. Kupiłem narty i spróbowałem. Wyszło obiecująco. Zacząłem więcej trenować.

Usłyszał o nim trener Kazimierz Cetnarski, który właśnie założył klub dla niewidzących biegaczy w Przemyślu. Znał Piotra jeszcze z biathlonu dla zdrowych. Pojechał. Popróbował strzelania. Na pierwszych zawodach nie był ostatni. I wkręcił się. 

45-letni Garbowski jest jednym z najstarszych zawodników na igrzyskach paraolimpijskich – starsi od niego startują jedynie w curlingu na wózkach. W biegach narciarskich i biathlonie mógłby być ojcem wszystkich swoich rywali. – Wiek w ogóle mi nie doskwiera. Czuję się u szczytu pod względem wytrzymałościowym. Dynamikę wciąż mam dobrą – mówi.

Sebastian, który zainspirował ojca do powrotu do sportu ma już 11 lat i w trakcie igrzysk paraolimpijskich w Pjongczangu zdobył srebrny medal Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży na 10 km stylem klasycznym. – Myślę, że będzie dużo lepszy ode mnie. Trenujemy razem. Ja wbiegam w wiosce na rolkach pod górę, a on zwozi mnie na dół na motorynce. Na rolkach bym nie wyhamował, bo stromo – mówi.

 

Oczami Kuby

Na przewodnika ojca Sebastian na razie jest za mały. „Oczami” Piotrka na trasie jest Jakub Twardowski. To on przez głośnik na plecach dyktuje jakie są warunki, jaką drogę wybrać i tempo. Były biegacz narciarski i trener po stażu w sztabie Aleksandra Wierietielnego, jest bezrobotny. Szuka pracy nauczyciela WF. Garbowskiemu pomaga charytatywnie, z czystej sympatii.

foto: Bartłomiej Zborowski/PKPar

– Od początku zaczęliśmy się dobrze dogadywać z Piotrkiem, choć przecież mógłby być moim ojcem. Połączyła nas miłość do biegania na nartach. Jestem po kursach wspinaczkowych, latem dorabiam pracą na wysokości, dachach, kominach. To dobre pieniądze, bo ryzykuje się życiem. Pomyślałem, że jak latem trochę odłożyłem kasy, to mogę spełnić dobry uczynek i pomóc Piotrkowi spełnić to jego marzenie o igrzyskach paraolimpijskich – opowiada Kuba.

Twardowski mieszka w Nowym Targu z rodzicami, którzy zawsze zachęcali go, żeby robił to co kocha, nawet jeśli nie ma z tego wielkiej kasy. – Bieganie kocham szczerze. Sam nie osiągnąłem wiele poza srebrem mistrzostw Polski, więc pomyślałem, że pomogę osiągnąć coś Piotrkowi – mówi. 

– Ciężko było komuś takiemu jak ja znaleźć przewodnika, który chciałby się tak poświęcać za darmo. A już że znalazłem tak dobrego przewodnika jak Kuba to cud boski! – mówi Piotrek. I może coś w tym jest, bo na szczycie góry pod którą Piotrek codziennie podbiega trenując w Klimkówce, stoi drewniany kościółek pod wezwaniem Znalezienia Krzyża Świętego. Legenda głosi, że w XVII wieku chłop wyorał w tym miejscu drewniany, półtorametrowy krucyfiks.

 

 

By |2018-03-17T15:38:01+00:00Marzec 17th, 2018|Aktualności|0 komentarzy

About the Author:

Zostaw komentarz