Aktualności

Poznaj kadrę na Mediolan-Cortinę 2026: Oliwia Gołaś i przewodnik Andrzej Stasik 

Udało się im w tym roku być na swoich studniówkach. To spore osiągnięcie, bo w szkołach są raczej gośćmi. Na szczęście dyrektorzy i nauczyciele są wyrozumiali, ale nie ma co ukrywać, że łączenie sportu z nauką w ogólniaku łatwe nie jest, a przed nimi przecież w tym roku matura. 

– Przez całe liceum bardzo często mnie nie było i wiele rzeczy mnie omijało – tłumaczy Oliwia Gołaś. – Jest to czasem bolesne, gdy siedzi się w jakiejś wiosce w Austrii samotnie w pokoju, a wszyscy przyjaciele są wtedy gdzieś razem, ale jako sportowcy musimy się przyzwyczaić do wyrzeczeń. W szkole i tak muszę wszystko nadrobić, ale w tym sezonie stwierdziłam, że nie rozdwoję się, że muszę się skupić na jednym celu, a po igrzyskach zacznę się na sto procent przygotowywać do matury. Myślę, że półtora miesiąca mi wystarczy… 

Oliwia i jej przewodnik, Andrzej Stasik, są z tego samego rocznika 2007, on jest o nieco ponad pół roku młodszy. I tak ma z życiem rodzinnym i nauką nieco lepiej, bo Oliwia jest z Krakowa i tam ma liceum, a on pochodzi z Bukowiny Tatrzańskiej, a szkołę ma w Zakopanem. 

– Jak mamy obozy na Podhalu, to mogę spać w domu, a czasami, jak mamy dzień wolny albo skończy się trening, mogę na parę lekcji wpaść do szkoły – mówi Andrzej. 

Aby być na studniówkach, Oliwia i Andrzej odpuścili styczniowy występ w zawodach pucharu świata w Feldbergu. Zazwyczaj to jednak treningi i starty pochłaniają ich czas przez większą część roku. Przed wakacjami i w wakacje to głównie obozy kondycyjne plus wyjazdy na lodowce lub do „lodówki”, czyli hali na Litwie z zaśnieżonym stokiem narciarskim. Na jesieni zazwyczaj jest wyjazd do Austrii na lodowiec, a od przełomu listopada i grudnia zaczynają się zawody. Gdy spadnie śnieg, można trenować także w Polsce, natomiast sezon startowy trwa zazwyczaj do marca. Przerwa to jedynie kwiecień i maj. 

Po stoku w wózku 

Tak na dobrą sprawę Oliwia jeździła na nartach zanim nauczyła się chodzić. Podobno tata, który sam kiedyś trenował, odnosząc sukcesy w sporcie akademickim, woził ją po stoku w wózku. Nie miała jeszcze 3 lat, gdy sama stanęła na nartach. 

– To jest wiek, z którego wiele się nie pamięta, ale wiem, że często jeździliśmy z rodzicami do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie były też zawody dla małych dzieci – mówi Oliwia. – Można powiedzieć, że tata był moim pierwszym przewodnikiem, bo pamiętam, że gdy raz bałam się zjechać, powiedział, żebym pojechała za nim. 

Rodzice zapisali ją do klubu i ledwo poszła do podstawówki, a wkrótce była na pierwszym wyjeździe treningowym. Nie trzeba jej było szczególnie zmuszać. 

– Bardzo polubiłam narty, to było moje ukochane zajęcie – wspomina. – Gdy jednak miałam jakieś 8 lat, nagle pogorszył mi się wzrok i zaczęłam się bać jeżdżenia, nie chciałam tego robić. Z tego, co wiem, z moją chorobą jest tak, że jest jeden moment, w którym wzrok gwałtownie się pogarsza, a i potem im jest się starszym, tym się gorzej widzi. Rok temu miałam przeświadczenie, że jest gorzej, ale byłam u okulisty i okazało się, że jest w miarę stabilnie. Na pewno jednak między 8. a 18. rokiem życia wzrok mi się pogorszył, choć nie jakoś diametralnie. 

Bez lusterek wstecznych 

Wiele czynników wpływa na to, jak Oliwia widzi na stoku. Łatwiej jej jest w mocnym słońcu, gdy cała trasa jest dobrze oświetlona. Przeszkadzają wtedy natomiast cienie rzucane przez drzewa. 

– Wzrok odbiera mi na nartach pewność siebie, bo psychika nie pozwala mi „puścić nart na maksa” w dół, lecz podświadomie muszę hamować – mówi. – Jak wiem, że na stoku nie ma ludzi, to czasem sobie pojeżdżę bez przewodnika. Ale w gigancie albo slalomie często nie widzę tyczek przede mną, wtedy staram się skupić na przewodniku i po prostu jechać jego linią. 

Podczas startu Andrzej nadaje tempo, rytm i linię, choć musi przy tym uważać, by nie trącać tyczek, bo to może być dla Oliwii duży kłopot. To oznacza, że przewodnik pokonuje nieco dłuższą trasę. Kluczowe jest jednak trzymanie odpowiedniego dystansu. Andrzej stale pilnuje, by się zbytnio nie oddalić, bo zawodniczka musi podążać tuż za nim, inaczej straci go z pola widzenia. Z drugiej strony, nie mogą też jechać zbyt blisko siebie. W razie czego Oliwia daje znać przez interkom, by zwolnił lub przyspieszył. Dużo więcej komunikatów podaje jednak przewodnik. 

– Muszę o wszystkim informować, o tzw. figurach w slalomie, jakichś bardziej „podkręconych” tyczkach, czyli ostrzejszych skrętach, a w gigancie o tym, że można „puścić”, czyli pójść bardziej na wprost, do tego o nierównościach na trasie, dziurach, przełamaniach – wymienia Andrzej. – Bardzo często odwracam się, by spojrzeć, gdzie jest Oliwia. Mimo interkomu, wolę mniej więcej wiedzieć. Przydałyby się lusterka wsteczne – śmieje się. 

Wszystko to jest dla niego dość dużym wysiłkiem, nie tylko fizycznym. Dlatego w przypadku wywalczenia miejsca na podium medale dostają i zawodnicy, i przewodnicy. 

Dotrzeć się 

Andrzej towarzyszy Oliwii od ubiegłego roku, wcześniej jeździła z Magdaleną Kłusak. To młody, ale doświadczony zawodnik. Na nartach zaczął jeździć, gdy miał 8 lat. Szybko przyszły pierwsze zawody, potem zwycięstwa, ale też niestety dość poważne kontuzje. Mimo tego, był m.in. trzeci w pucharze Polski, a we Włoszech, na zawodach uznawanych za nieoficjalne mistrzostwa świata dzieci i młodzieży, był spośród naszych reprezentantów najlepszy w slalomie. 

Zaczął jeździć w zawodach organizowanych pod egidą FIS, sam jednak przyznaje, że to było jak zderzenie ze ścianą. Radził sobie, zdobywał punkty, ale propozycji z reprezentacji Polski nie było. Ta przyszła z innej kadry, paralimpijskiej. 

– Z Oliwią znaliśmy się wcześniej, bo mój ówczesny trener, pan Marek Kłusak, to tata Michała, obecnego trenera kadry paralimpijskiej – tłumaczy. – Gdy więc kadra gdzieś jeździła na zgrupowania, to czasem dołączaliśmy do nich. 

Zapalił się do propozycji bycia przewodnikiem Oliwii, zwłaszcza że nie wydawało mu się to szczególnie trudne. Szybko okazało się, że jest nieco inaczej. 

– Trzeba się było dotrzeć – tłumaczy Andrzej. – Wydaje się, że wciąż nie jesteśmy zgrani w stu procentach, ale jest o wiele lepiej niż na początku, choć już wtedy było całkiem dobrze. 

Na zawodach jeżdżą razem od grudnia 2025 roku, nie mieli więc wielu okazji do wspólnych startów, a dodatkowo igrzyska w Mediolanie-Cortinie są wydarzeniem dość energetyzującym. Andrzej stara się jednak zachować spokój. 

– Trzeba się po prostu skupić na tym, żeby jak najszybciej i jak najlepiej technicznie przejechać trasę, nie analizować, jakie się zajmie miejsce w zawodach, które jeszcze się nie odbyły – podkreśla. – Takie analizy i tak się nie sprawdzają. 

Z bratem raźniej 

Oliwia w swoim debiucie na igrzyskach paralimpijskich pojedzie w slalomie i slalomie gigancie. 

– Jeszcze do niedawna bym powiedziała, że stawiam bardziej na slalom, ale na ostatnich treningach czuję się mocniej w gigancie – mówi zawodniczka. – Wydaje mi się, że większe szanse mam właśnie w gigancie. 

To w tej konkurencji rok temu zajęła szóste miejsce na mistrzostwach świata. Z kolei w slalomie nieco wcześniej była dwukrotnie czwarta w zawodach pucharu świata. W międzynarodowych imprezach startuje od listopada 2021 roku. Bardziej na poważnie zaczęła jeździć rok wcześniej, ale przyplątała się kontuzja kolana. Do kadry trafiła razem z bratem – o 2,5 roku starszym Michałem, który także jedzie na swoje pierwsze igrzyska. 

– Wiadomo, że bracia czasem potrafią denerwować – uśmiecha się Oliwia. – Ale ogólnie cieszę się, że Michał jest w kadrze i często wspiera mnie na treningach. Ja też próbuję go motywować, więc razem jest nam po prostu raźniej. 

Obydwoje z Michałem, zachęcani przez rodziców, jako dzieci próbowali różnych sportów. Oliwia chodziła na basen, a przez większość podstawówki dwa razy w tygodniu grała w tenisa. Dziś przyznaje, że nie przypuszczała, że to wszystko doprowadzi ją na igrzyska. 

– Wciąż trudno mi w to uwierzyć, wydaje mi się, że dotrze to do mnie, jak już będziemy w wiosce olimpijskiej – zaznacza. – Myślę, że nie jestem jeszcze na poziomie dziewczyn z absolutnej czołówki, widać u nich więcej doświadczenia, ale wydaje mi się, że jestem w dobrym miejscu. 

Podkreśla, że sport to o wiele więcej niż szlifowanie umiejętności, a potem starty. 

– Sport dał mi poczucie celu w życiu – tłumaczy – Nauczył też jednak dyscypliny, bo trzeba wstać rano, choćby się nie chciało, na wyznaczoną godzinę pójść na trening, nie spóźniać się, zwłaszcza podczas wyjazdów. Sport to szkoła życia i nauka odpowiedzialności. A to przyda się już zawsze. 

Oddaj głos

Wpisz swój adres e-mail, a my wyślemy wiadomość z linkiem weryfikacyjnym.
Kliknij w link, aby potwierdzić swój głos i uczestnictwo w plebiscycie.

loading...