– W Nowym Targu, skąd pochodzę, nie było szkoły nauki jazdy dla osób z niepełnosprawnościami, w samochodzie z automatem, ale okazało się, że jest w Nowym Sączu – wspomina Witold Skupień. – Pojechałem tam i byłem w szoku, gdy zobaczyłem, że właściciel szkoły nie ma ręki. On też zobaczył, że jestem wysoki chłopak i od razu zapytał: „Czy ty biegówek byś nie chciał spróbować? Bo dwie przecznice dalej mamy klub, z którego się wywodzę, i tam jest pan Stanisław”. Pojeździłem pierwszy raz godzinę z instruktorem, wróciłem do biura, a tam pan Stanisław już pił kawę z właścicielem i obmyślali prawdopodobnie moją przyszłość.
Kawę pili: Stanisław Ślęzak, nieżyjący już legendarny trener i działacz, jeden z twórców ruchu paralimpijskiego w Polsce, którego wychowankowie zdobyli pewnie ponad tysiąc medali na różnego rodzaju zawodach, z igrzyskami włącznie, a także Marian Damian, biegacz narciarski, czterokrotny paralimpijczyk, brązowy medalista z Albertville 1992.
22-letni wówczas Witold potrzebował natomiast prawa jazdy, by móc łatwiej dojeżdżać do klientów. Sprzedawał ubezpieczenia i wycieczki w firmie rodziców. Prawo jazdy ostatecznie zrobił, ale też przy okazji, w styczniu 2012 roku, trafił na pierwszy obóz paranarciarzy biegowych. Zawsze był aktywny, lubił ruch, nie zmienił tego wypadek – porażenie prądem transformatora, na który wspiął się, gdy miał 11 lat. Mało brakowało, a do sportu paralimpijskiego trafiłby znacznie wcześniej.
– W 2006 roku Kasia Rogowiec zdobyła na igrzyskach w Turynie dwa złote medale, widziałem w telewizji urywek, jak finiszuje – wspomina Witold. – Pomyślałem, że tę niepełnosprawność ma bardzo podobną do mojej, tylko ręce miała jeszcze krótsze. Spodobało mi się to i zacząłem szukać klubu. Jednak wtedy ten internet nie był taki, jak teraz i nic nie znalazłem.
Nowiutkie buty
Pomysł musiał poczekać kilka lat. Ale jak się już zaczęło, to poszło dosyć szybko, choć nie była to droga z górki. Witold do dziś pamięta świeży, mokry, kopny śnieg na Polanie Jakuszyckiej podczas tego pierwszego obozu z początku 2012 roku, a także kolegów z kadry, którzy szybko znikali mu na trasie z pola widzenia.
– Myślałem: kurczę, oni mają takie same narty na nogach i po minucie już ich nie widzę, a ja nie mogę utrzymać równowagi, ale to mnie motywowało do przekraczania własnych granic – wspomina. – Bardzo duże znaczenie dla mojego „mentalu” miały buty, które dostałem chyba już na drugim obozie. Nowiutkie buty, uniwersalne – do stylu łyżwowego i klasycznego. Pomyślałem sobie, że ja jeszcze nic nie znaczę, dopiero przyjechałem się uczyć, a już ktoś we mnie wierzy. Chciałem się odwdzięczyć, chciałem się rozwijać.
Zaczęły się pierwsze starty i już w 2014 roku wystąpił na igrzyskach w Soczi. Pojechał tam bardziej po naukę, choć szóste miejsce w sztafecie z Kamilem Rośkiem, a także pozycja w połowie stawki na dystansie 10 km wstydu nie przynoszą. Cztery lata później w Pjongczangu był już w zupełnie innym miejscu kariery. Zwłaszcza że w 2017 roku zdobył srebrny medal w sprincie na mistrzostwach świata w Finsterau.
– Mocno wierzyłem w ten medal i bardzo chciałem go przywieźć, ale można powiedzieć, że na miejscu zabrakło wszystkiego – wspomina nasz reprezentant. – Może to jeszcze nie był mój czas, ale w Pjongczangu byłem już dobrym biegaczem. Niewiele zabrakło na „dwudziestce”, ale najbardziej boli mnie 10 km klasykiem, bo 20 km przegrałem fizycznością i techniką, a na „dychę” zawiódł trochę sprzęt. Tam był taki fragment trasy, na którym bardzo walczyłem z nartami. Czułem się świetnie, byłem dobrze przygotowany, ale przez sprzęt troszeczkę nam ten medal uciekł.
Piąte miejsce na igrzyskach na 20 km w stylu dowolnym i szóste na 10 km klasycznym, do tego siódme w sprincie – to solidne wyniki. Jednak nie dla tak ambitnego zawodnika, jakim jest Witold Skupień. Chciał być coraz lepszy.
Dwa najszczęśliwsze momenty
Ciężka praca przyniosła efekty. Witold zadomowił się w światowej czołówce, został też stałym bywalcem podiów kolejnych zawodów pucharu świata. W styczniu 2022 roku w Lillehammer zdobył także srebro mistrzostw świata na dystansie 12,5 km stylem klasycznym. Był to świetny prognostyk przed igrzyskami, które za niecałe dwa miesiące miały się odbyć w Pekinie. Witold liczył szczególnie na dobry wynik na dystansie 20 km „klasykiem”. Niestety…
– Ten bieg to było coś strasznego – przyznaje. – Mało się nie rozpłakałem, jak zaczynałem biec, bo niestety fatalnie nie trafiliśmy tam z nartami. Walczyłem jak lew i udało się dobiec na piątym miejscu, ale narty kompletnie mi „nie trzymały”, jakbym w ogóle nie miał pod nimi smaru. W ogóle nie mogłem biec swoim stylem, tylko musiałem bardzo pompować, czyli niesamowicie dociskać nartę do ziemi. Umordowałem się strasznie, skarpetka mi się podwinęła, skóra mi zeszła z palca wraz z paznokciem i jeszcze tak pięć kilometrów przebiegłem. Nie powinienem wtedy przegrać z tak słabymi technicznie Chińczykami, analizowałem ten bieg miliony razy po igrzyskach. Przykre doświadczenie.
Po czymś takim trudno o motywację do dalszych codziennych treningów, wyrzeczeń i stawiania sportu ponad wszystko inne. Witold zrobił sobie przerwę. Dopiero po pięciu miesiącach wrócił do regularnego treningu. To, co wydarzyło się później, pokazuje, jakie są jego możliwości, gdy wszystko „zagra”. W styczniu 2023 roku wygrał bieg na 18 km techniką klasyczną i zdobył srebro na dystansie 10 km „łyżwą” podczas mistrzostw świata w szwedzkim Östersund. Ten złoty medal to jeden z dwóch najszczęśliwszych momentów w jego życiu. Drugim jest ślub z Wiolettą niedługo później, w czerwcu.
– Żona to gamechanger mojej kariery – podkreśla Witold. – Po nieudanych igrzyskach, gdy byłem po prostu nieznośny, dużo było narzekania, mocno mnie namawiała, żebym trenował dalej, żeby wciąż próbować, twardą ręką dawała mi do zrozumienia, że mam iść na trening, walczyć, wyjść z tego domu, udowodnić, że jestem dobry, że te igrzyska to był przypadek.
Proteza w kąt
Od lat Witold utrzymuje się w czołówce. Mało tego, w lutym 2025 roku wygrał dystans 10 km stylem klasycznym w zawodach pucharu świata w Val di Fiemme, czyli test trasy paralimpijskiej. Ten dystans będzie jego najważniejszym startem na igrzyskach w Mediolanie-Cortinie d’Ampezzo – dokładnie 11 marca 2026 roku.
– To będzie mój docelowy start, w którym liczę na jak najlepszy wynik – tłumaczy. – Wszyscy żyjemy tym dniem: trener, serwismen, robimy wszystko, żeby wtedy była najlepsza forma, wręcz dzień konia, do tego świetne narty. Chcę tego dnia udowodnić, że jestem najlepszy na świecie, ale zobaczymy, co się wydarzy. Nie napalam się na to jakoś niesamowicie, żyję chwilą i cieszę się każdym dniem. Jestem coraz starszym i coraz bardziej świadomym człowiekiem. Jeśli nie będzie tego medalu, to świat się nie zawali, ale robię wszystko, żeby był, chcę udowodnić, że jestem najlepszy.
Przyznaje, że 14 lat startów, wypełnionych wielkimi sukcesami i przykrymi porażkami, nauczyło go, że najważniejsze jest, by się nie poddawać. Do wszystkiego podchodzi też na większym luzie. Nie planuje kończyć kariery po igrzyskach, zwłaszcza że w klubie ZOMA Team Obidowiec Obidowa i w kadrze stara się być mentorem nowych zawodników. Sam zresztą ściągnął jednego z nich, Mateusza Kosiorka, którego spotkał na rowerach.
– Chciałbym się dalej rozwijać, a igrzyska przyjmuję ze spokojną głową, co ma być, to będzie – zaznacza Witold. – Będę walczył jak lew, a moim celem jest tylko i wyłącznie złoty medal. Po to się powinno trenować, taki mam „mental” i stać mnie na to, więc będę o to walczył bardzo mocno. A co przyniesie los? Zobaczymy.
Sport dał mu już i tak ogromnie dużo. Powtarza, że wręcz uratował mu życie.
– Wcześniej byłem agentem ubezpieczeniowym, ale ja tego nie czułem – wspomina. – Chciałem być piłkarzem, ale po wypadku nie miałem na to szans. Patrzyłem na swoje życie, pytając samego siebie, czy mam jego resztę za biurkiem spędzić, liczyć faktury, sprzedawać ubezpieczenia? Dlatego gdy dowiedziałem się, że jest klub w Nowym Sączu, to już mi się oczy świeciły. A potem to już poszło, na czele z nauką, by nie wstydzić się niepełnosprawności, a tego nauczyłem się od Kasi Rogowiec, Kamila Rośka, Roberta Wątora, tych moich pierwszych przyjaciół z biegów. Dzięki nim zrzuciłem z siebie jakiś ciężar, którym były proteza kosmetyczna i długi rękaw. Dlatego mówię, że sport uratował mi życie, bo nadał mu sens, wiarę w to, że mogę coś osiągnąć. Przez te wszystkie lata mam poważanie „na dzielni”, ludzie wiedzą, że to nie jest żadna rehabilitacja, tylko ciężka harówka. A protezę mam gdzieś pod kurtkami, w kącie schowaną. Rzuciłem ją, nie wstydzę się niepełnosprawności, traktują ją nawet czasami jako atut. To właśnie sport pomógł mi wyjść do ludzi.
zdjęcia: Bartłomiej Zborowski








Brisbane 2032
Los Angeles 2028
Paryż 2024
Tokio 2020
Rio de Janeiro 2016
Londyn 2012
Pekin 2008
Ateny 2004
Sydney 2000
Atlanta 1996
Nowy Jork/Stoke Mandeville 1984
Arnhem 1980
Toronto 1976
Heidelberg 1972
Milano Cortina 2026
Pekin 2022
PyeongChang 2018
Sochi 2014
Vancouver 2010
Turyn 2006
Salt Lake City 2002
Nagano 1998
Lillehammer 1994
Albertville 1992
Innsbruck 1988
Blind football
Boccia
Goalball
Koszykówka na wózkach
Parabadminton
Parajudo
Parakajakarstwo
Parakolarstwo
Paralekkoatletyka
Parałucznictwo
Parapływanie
Parastrzelectwo
Paraszermierka
Parataekwondo
Paratenis stołowy
Paraujeżdżenie
Parawioślarstwo
Podnoszenie ciężarów
Rugby na wózkach
Siatkówka na siedząco
Tenis na wózkach
Paratriathlon
Paracurling
Parahokej
Parabiathlon
Paranarciarstwo alpejskie
Paranarciarstwo biegowe
Parasnowboard