Aktualności

Poznaj kadrę na Mediolan-Cortinę 2026: Paweł Gil i przewodnik Radosław Koszyk 

Miał 18 lat, gdy pomyślał, że chciałby spróbować narciarstwa zjazdowego. 

– W Przemyślu jest klub dla osób niewidomych i słabowidzących „Podkarpacie”, w którym jest taka sekcja – wspomina Paweł Gil. – Poszedłem, żeby się zapisać, ale prezes klubu zasugerował mi, żebym może zamiast nart zjazdowych spróbował biathlonu. Zachęcał, żebym raz chociaż pojechał, zobaczył, jak to jest, i wtedy zdecydujemy, co dalej. 

Pojechał, spodobało mu się, a gdy dowiedział się, że uprawianie parabiathlonu to perspektywa wyjazdu na igrzyska, chętnie zamienił marzenie o narciarstwie alpejskim na narty biegowe. 

Zderzenie ze ścianą 

Jako dziecko lubił sport, ale ograniczało się to do grania w piłkę z rówieśnikami, a potem chodzenia na siłownię i biegania dla przyjemności. W czasach szkolnych trochę się wstydził tego, że jest osobą słabowidzącą. Nie pomagały sytuacje jak ta, gdy usłyszał od nauczyciela, że jeśli dobrze nie widzi, to powinien sobie kupić mocniejsze okulary. Albo gdy na studiach z dietetyki jedynym zaproponowanym mu rozwiązaniem było kopiowanie notatek od kolegów. Uważa jednak, że szkoła i studia nauczyły go radzić sobie w życiu i nie zważać na trudności. 

A tych na początku przygody z parabiathlonem było bez liku. Zarówno strzelanie, jak i jazda na nartach były przecież dla niego zupełnymi nowościami. Najpierw traktował to jako zabawę, wciągnął się jednak i od początku kolejnego roku rozpoczął bardziej profesjonalne treningi. Dostrzeżono jego potencjał i jeszcze w tym samym 2018 roku, w grudniu, wysłano go na pierwsze zawody pucharu świata w biegach narciarskich do fińskiego Vuokatti. 

– To było zderzenie ze ścianą – nie ukrywa. – Zostałem rzucony na głęboką wodę. Nie byłem wtedy jakoś bardzo dobry, ale radziłem sobie jako jeden z lepszych w Polsce. Myślałem, że jest nieźle. W tej Finlandii poznałem swoje miejsce w szeregu. 

Mimo tak trudnego doświadczenia, nie myślał o rzuceniu tego wszystkiego. Przeciwnie, cieszył się, że w ogóle wystartował w zawodach pucharu świata, bo nigdy nie przypuszczał, że zostanie wyczynowym sportowcem. 

– To było takie dziecięce marzenie – tłumaczy. – Tymczasem miałem już swoje plany zawodowe, wiedziałem, gdzie chcę iść na studia i nie myślałem o karierze sportowej. Te dziecięce marzenia już przygasły. I nagle dostałem taką szansę, pojechałem na zawody pucharu świata, więc się tym wszystkim po prostu cieszyłem. A że przy okazji dostałem lekcję? Uważam, że wyszło mi to na plus, a na pewno nauczyło pokory względem trenowania i startów. 

Już tylko biathlon 

Lekcja pokory przydaje się do dziś. Igrzyska w Mediolanie-Cortinie będą jego drugą imprezą tej rangi, jednak już drugi raz jedzie nią nie z bezpośrednią kwalifikacją, lecz na podstawie dzikiej karty. 

– Za pierwszym razem to było wyróżnienie, wielka radość, móc pojechać na igrzyska – podkreśla. – Tym razem sam chciałem jednak wywalczyć nominację. Niestety, nie udało się i jest to ujma, jeśli chodzi o moje ambicje sportowe, ale jest to też radość, że jednak na te igrzyska mogę pojechać. To w końcu drugi raz z rzędu. To są wspomnienia na całe życie i wielkie emocje dla mnie, zwykłego chłopaka, wziętego w zasadzie z ulicy do parabiathlonu. 

Igrzyska w Pekinie to jednak także wspomnienie specyficznego śniegu, jakby wymieszanego z piaskiem, po którym niełatwo się było poruszać i na który ciężko było dobrać smary do nart. Do tego suche powietrze, które utrudniało podjęcie maksymalnego wysiłku. Plus cała otoczka reżimu sanitarnego – codzienne testy COVID-owe, czyli patyczek wkładany do gardła, wolontariusze chodzący po wiosce w kombinezonach ochronnych, sama wioska położona koło pustyni, daleko od miasta, obawa przed zamknięciem w izolatce w przypadku pozytywnego wyniku testu. Ale też wiele doświadczeń, które powinny zaprocentować w Mediolanie-Cortinie, gdzie wystartuje wyłącznie w parabiathlonie, nie będzie już, jak w Pekinie, łączyć startów z narciarstwem biegowym. 

– Od dwóch lat skupiamy się z trenerem tylko na biathlonie, w którym lepiej mi idzie niż w biegach narciarskich, mam w nim lepsze wyniki, no i więcej z tego przyjemności – wyjaśnia Paweł. – Tym bardziej, że w biegach część startów jest stylem klasycznym, co oznacza dodatkowe treningi. Bez tego mogę się skupić wyłącznie na stylu łyżwowym i strzelaniu. 

Mistrz świata jest jeden 

Przez lata przewodnikiem Pawła był Michał Lańda, jednak na igrzyskach w Mediolanie-Cortinie asystować mu będzie Radosław Koszyk. To doświadczony zawodnik, na nartach biega od 30 lat, właściwie od kiedy pamięta. Zaczynał jako małe dziecko w rodzinnej Hańczowej w Beskidzie Niskim. Dobrze mu szło, miał wyniki na poziomie mistrzostw województwa, przywoził nawet medale. Poszedł do liceum sportowego w Zakopanem i… 

– Tam zderzyłem się z rzeczywistością, bo profesjonalny trening to jednak co innego – wspomina. – Miałem dość mądrego trenera, który w pewnym momencie wprost powiedział mi: „Radek, mistrz świata jest jeden i ty nie masz na niego za bardzo papierów”. Oczywiście, był to rodzaj zawodu, bo idąc do takiej szkoły człowiek chce tym mistrzem zostać, ale ten trener zasugerował, że skoro bardzo dobrze się uczę, to powinienem iść na dobre studia, a sportem się po prostu bawić. 

Tak zrobił, a gdy był na studiach, w barwach AZS Zakopane zdobył nawet parę medali w kategorii wiekowej U-23. W klubie startował m.in. z Michałem Lańdą oraz Jakubem Twardowskim, przewodnikiem i trenerem, pracującym z osobami słabowidzącymi. 

– Dobrych parę lat temu Kuba zapytał, czy nie mógłbym pobiegać jako przewodnik. Tak to się zaczęło i trwa do dziś – opowiada Radosław. – Uznałem, że jest to rodzaj jakiegoś nowego wyzwania, zwłaszcza że ja od paru lat trenuję sobie bieganie już tylko „amatorsko-zawodniczo”, jak to niektórzy nazywają, łącząc to z normalną pracą. 

Radosław jest inżynierem w zakładzie produkującym sprzęt medyczny. Sport pozostał w jego życiu jako hobby, odskocznia, natomiast wspieranie na treningach i zgrupowaniach zawodników słabowidzących to dla niego także szansa dzielenia się ogromnym doświadczeniem i wykorzystywania swoich umiejętności na trasie. 

– Całe życie biegałem na nartach, więc mam bardzo duże wyczucie, jak można pobiec, jak trzymać się blisko zawodnika i nie pozwalać mu tracić dystansu – tłumaczy. 

Od lat pomaga w treningach, ale nie miał jeszcze okazji wspierać naszych kadrowiczów podczas zawodów. Pierwsze są od razu igrzyska. 

– Pamiętam, jak w szkole sportowej oglądaliśmy Justynę Kowalczyk i jej starty na igrzyskach w Vancouver – opowiada. – Wtedy chciałem jechać do Soczi. Oczywiście nie wyszło i później nie spodziewałem się już takiego wyjazdu. Na początku trochę się zestresowałem perspektywą udziału w igrzyskach paralimpijskich, ale teraz traktuję to jako wyzwanie. Chcę po prostu pomóc Pawłowi osiągnąć jak najlepszy wynik. To on jest postacią pierwszoplanową. 

21 milimetrów 

Czasu na zgranie się jest niewiele, ale obaj to doświadczeni sportowcy, więc problemów być nie powinno. Szczegóły można jeszcze dopracować. 

– Dziś na przykład Paweł fajną rzecz mi podpowiedział, bo za każdym razem trochę mu na zjeździe uciekałem i nie wiedziałem, o co chodzi, może narty mu dobrze nie jadą? – opowiada Radosław. – Usłyszałem, że ja po prostu wchodzę w tor i jadę, a on – jako osoba słabowidząca – potrzebuje tej sekundy, by w nie trafić. Muszę się więc dostosować. 

Paweł dobrze widzi to, co jest blisko, dlatego przewodnik nie może mu za bardzo uciec. Do tego razi go światło i gdy wszędzie leży śnieg, samodzielnie może nie rozpoznać, gdzie jest trasa, a gdzie pobocze. Dobry przewodnik powinien więc mieć oczy dookoła głowy. Mimo własnego wysiłku, kluczowy jest dla niego zawodnik, którego prowadzi. W przypadku biathlonu dochodzi do tego wsparcie w dotarciu na odpowiednie stanowisko na strzelnicy, przejęcie kijów, zadbanie o odpowiednią pozycję (zawodnicy strzelają leżąc), a potem odpowiednie liczenie ewentualnych karnych rund po spudłowanych strzałach. 

Na strzelnicy zawodnik jest już jednak sam. Karabiny zapewnia organizator i są one już na strzelnicy przydzielane losowo. Nie trzeba więc nosić broni na plecach, minus polega jednak na tym, że nie wiadomo, na jaki sprzęt się trafi. W Pekinie na igrzyskach Paweł dostał karabin, w którym ciężej pracował spust. Zanim się przyzwyczaił, już zanotował pudło. Warto przy tym dodać, że zawodnicy z niepełnosprawnością wzroku strzelają z dość szczególnej broni. 

– To jest karabin elektroniczny na podczerwień, podpięty kablem do komputera – tłumaczy Paweł. – Celuje się nim do tarczy, a im wyższy mamy dźwięk w słuchawkach, taki najbardziej piskliwy, tym bliżej jesteśmy środka. Wtedy powinno się oddać strzał. Strzelamy z 10 metrów i jeden milimetr ruszenia karabinem to centymetr różnicy na tarczy, a ten nasz cel ma tylko 21 milimetrów. 

Paweł podkreśla, że lepiej strzela, niż biega. Mniej się więc martwi o wyniki na strzelnicy. Przed nim na igrzyskach trzy starty, w których ma coś do udowodnienia. 

– W każdej konkurencji będę walczył o to, by zmazać blamaż z pucharu świata – deklaruje. – W tym sezonie byliśmy na trzech zawodach pucharu świata i nie udawało mi się na nich uzyskiwać wyników na moim poziomie, choćby takich, jak na treningach. Mój cel na igrzyska to zrobić to, co umiem najlepiej, a niech wyniki mówią same za siebie. 

Chciałby w parabiathlonie uzyskiwać rezultaty na miarę swoich możliwości i ambicji. W końcu uprawianiu sportu poświęcił znaczącą część swojego życia. 

– Dobrze się to wszystko poukładało i mogę tylko dziękować losowi, że postawił w moim życiu osoby, dzięki którym mogłem zostać sportowcem wyczynowym i spełnić dziecięce marzenia – podsumowuje. – Poszedłem do klubu nie jako sportowiec, ale po prostu osoba słabowidząca, która chciałaby się nauczyć jeździć na nartach zjazdowych. Byłem „zwykłym Kowalskim”, a dziś drugi raz jestem w kadrze na igrzyska. Minęło już dziewięć lat, a ja wciąż nie byłem jeszcze na tych zjazdówkach – dodaje z uśmiechem. 

Oddaj głos

Wpisz swój adres e-mail, a my wyślemy wiadomość z linkiem weryfikacyjnym.
Kliknij w link, aby potwierdzić swój głos i uczestnictwo w plebiscycie.

loading...