Nigdy nie zbierał znaczków. Sam jednak znalazł się na jednym z nich. Tym wydanym przez Pocztę Polską z okazji XIV Zimowych Igrzysk Paralimpijskich w Mediolanie-Cortinie d’Ampezzo 2026. Na znaczku na pierwszym planie widzimy mężczyznę w stroju reprezentacji, podpierającego się kijkami w dynamicznym skręcie na nartach przymocowanych do siedziska.
– Startuje się siedząc na sledżu, czyli takich sankach z nartami zamiast płóz – tłumaczy Krzysztof Plewa. – Pracuje się głównie balansem ciała. Trzeba się odchylać, pochylać, „wyrzucać” biodra w przód. Kijki wiele w napędzaniu nie pomagają, zresztą jak się je przeciąży, to się łamią. Kluczowe są skręty, nawroty. Ile ja się na początku nakombinowałem, gdy widziałem, jak chłopaki skręcają… Ale to jest bardzo trudne. Mój pierwszy puchar świata w Planicy to była masakra. Nie pamiętam już, ile wtedy tych kijów złamałem.
Do tej pory zakręty to nie jest jego najmocniejsza strona. Im trasa bardziej kręta, tym dla niego gorzej. Jego atutem jest wytrzymałość, a więc jazda na długim dystansie. Żałuje, że na zawodach nie rozgrywa się biegu na 50 km, jak wśród osób pełnosprawnych. Tam byłby w czołówce. Tymczasem na tych swoich pierwszych zawodach pucharu świata w Planicy w 2021 roku zajął miejsca w połowie drugiej dziesiątki. Nieźle, jak na początek oraz zważywszy na fakt, jak późno zaczął biegać na nartach.
Proteza jak dom
Kiedyś, długo przed wypadkiem, próbował jazdy na biegówkach, ale nie spodobało mu się. Być może to stare buty i narty z lat 80. potrafiły skutecznie zniechęcić, zdecydowanie jednak wolał zjeżdżać ze stoku. Zawsze był aktywny, dużo jeździł na rowerze, ale najbardziej lubił grać w piłkę. Był nawet bocznym obrońcą w amatorskim, walczącym w klasach A i B, klubie z rodzinnych Sromowiec Niżnych, niewielkiej miejscowości nad Dunajcem. Sport był jednak tylko przyjemnym dodatkiem. Na co dzień w sezonie letnim jako flisak pływał z turystami.
– Lubiłem tę robotę, ale nigdy nie pływałem z przodu, tylko zawsze z tyłu – wspomina. – Flisak, który jest z tyłu, steruje łódką. Ten z przodu ma się zająć turystami, opowiadać legendy i jakieś historie. Nie to, że nie miałem śmiałości, ale wolałem sterować łódką.
Na zimę przez 13 lat wyjeżdżał do prac leśnych do Danii. Trzeba było przecież utrzymać rodzinę – ma żonę i dwójkę dzieci. To właśnie tam w 2013 roku zdarzył się wypadek, który kompletnie zmienił dotychczasowe życie. Drzewo zwaliło mu się na nogi. Pierwsze szczęście w nieszczęściu, że nie wydarzyło się to w lesie, tylko między domami, więc pomoc nadeszła dość szybko.
– Lekarze powiedzieli potem, że przetoczyli mi 30 litrów krwi – wspomina Krzysztof. – Do tego moje serce stało przez siedem minut, a oddychała za mnie maszyna.
Drugie szczęście w nieszczęściu – wydarzyło się to w kraju, w którym rehabilitacja jest na zupełnie innym poziomie. Po trzech miesiącach w szpitalu przeniesiono go do hotelu dla pacjentów niedaleko i codziennie przez kolejne osiem miesięcy samochodem był wożony na zajęcia ze specjalistami. W ramach ubezpieczenia przysługiwały mu też protezy obu nóg. I to jakie!
– Nie pamiętam, ile kosztowały, ale jak wtedy przeliczałem, to ze dwa domy bym za te pieniądze wybudował – śmieje się. – Ale chodziłem w nich ze trzy lata i nie trzymały się dobrze. Stwierdziłem, że lepiej dobrze jeździć, niż źle chodzić i dałem sobie spokój.
Trzecim szczęściem w nieszczęściu było to, że na wyposażeniu oddziału rehabilitacji szpitala był rower ręczny, tzw. handbike.
– Wzięło mnie od razu. Przejechałem się po ścieżkach rowerowych, nie za długo, może z pół godzinki, ale pamiętam, jak bardzo mi się to spodobało – wspomina. – Pomyślałem, że muszę taki rower mieć! Wróciłem do pokoju, zacząłem szukać i znalazłem w Polsce używany, który kosztował 12 tysięcy złotych. Dla mnie to było dużo, ale po powrocie do domu postanowiłem go sobie jednak kupić.
Nie letnie, to zimowe
Do zakupu dołożyło się stowarzyszenie flisaków i w listopadzie brat przywiózł mu ten rower aż znad morza. Krzysztof wsiadł i… ledwo podjechał pod niewielką górkę. Przepracował jednak solidnie zimę i na wiosnę ta górka nie robiła już na nim wrażenia. W 2018 roku pojechał na mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym. O tym wyjeździe nikomu wcześniej nie powiedział, bo trochę się krępował ewentualnej porażki, nie wiedział, jak to wszystko na takich zawodach wygląda. Tymczasem w klasie H5 wygrał „czasówkę” i był drugi w wyścigu ze startu wspólnego.
Początkowo nie planował dołączać do żadnej grupy. Poznał jednak Rafała Szumca, paralimpijczyka oraz propagatora kolarstwa ręcznego i do dziś jeździ w barwach prowadzonego przez niego klubu VeloAktiv.
Od lat jest w światowej czołówce handbikerów w klasie H5. Na ubiegłorocznych mistrzostwach świata parakolarstwie szosowym, które odbywały się w belgijskim Ronse, dwukrotnie zajął piąte miejsce – w jeździe indywidualnej na czas i w wyścigu ze startu wspólnego. Zwłaszcza w tym drugim przypadku do podium zabrakło naprawdę niewiele. „Nie udało się zdobyć medalu, ale na pewno jest taka możliwość, że po jednym, dwóch sezonach pracy zbliży się do miejsc medalowych” – mówił wówczas o jego występie Jakub Pieniążek, trener kadry parakolarzy.
– W 55 procentach czuję się handbikerem, a w 45 procentach narciarzem – przyznaje Krzysztof.
To właśnie jako parakolarz mógł pojechać na swoje pierwsze igrzyska paralimpijskie. Był brany pod uwagę w kontekście kadry na letnie igrzyska w Tokio. Naprawdę blisko wyjazdu był w 2024 roku, gdy ta najważniejsza dla sportowców impreza odbywała się w Paryżu. Ostatecznie jednak Krzysztof w reprezentacji się nie znalazł. Na igrzyska w końcu pojechał, ale te zimowe, które w 2022 roku zorganizowano w Pekinie.
Szklanka do połowy pełna
Mało jednak brakowało, by i te igrzyska nie były mu dane. Przeszkodzić mógł COVID-19. Igrzyska w Pekinie odbywały się w czasie pandemii koronawirusa, w ostrym reżimie sanitarnym. Niestety, tuż przed wyjazdem Krzysztofowi wyszły dodatnie testy.
– Skoro tak wyszło, to pewnie miałem wirusa, tylko że ja się czułem zupełnie normalnie, nic się ze mną nie działo – wspomina. – Lekarz zapytał tylko: wie pan, że nigdzie pan nie jedzie? Odpowiedziałem, że mam tego świadomość. Poczułem lekki zawód, ale nie jestem człowiekiem, który strasznie by to przeżywał.
Rozpoczęła się walka o to, by jednak do Chin poleciał. Udało się, głównie dzięki staraniom Eweliny Marcisz, członkini kadry szkoleniowej. Dotarł jednak nieco później i niestety nie zdążył już na najważniejszy dla niego długi dystans. Zostały mu tylko start na 10 km (gdzie był 14. na 34 zawodników), sprint (który nie jest jego domeną, a w którym sklasyfikowano go na 23. miejscu) i sztafeta (którą nasza drużyna ukończyła na 11. pozycji). Trasy na tych igrzyskach nie były najłatwiejsze. Wielu zawodników narzekało na dość specyficzny śnieg, narty nie jechały najlepiej, trudno było trafić z odpowiednim smarowaniem – a to podstawa. Nie tak to wszystko miało wyglądać, ale Krzysztof nie użala się nad sobą.
– Widzę szklankę do połowy pełną – tłumaczy. – Nie pojechałem tam narzekać, ale jak najlepiej pobiec. Cieszyłem się, że w ogóle tam jestem.
Zawsze tak podchodził do życia. Patrzył na możliwości, a nie trudności. Po wypadku nie zapadł się w sobie. Wspólnie z żoną wychowali dwóch synów. Jeden ma dziś 21 lat, studiuje informatykę, a w sezonie, jak kiedyś ojciec, pracuje jako flisak, drugi ma lat 17 i chodzi do technikum informatycznego. Krzysztofa nie podłamało nawet to, że w tym samym 2013 roku, gdy on miał wypadek, u obu synów zdiagnozowano cukrzycę. To właśnie pozytywne podejście do życia sprawiło, że dał się namówić Rafałowi Szumcowi na spróbowanie biegów narciarskich i nie zrażały go trudne początki – częste wywrotki, połamane kije, a nawet… brak sprzętu.
– Kuzyn zrobił mi w końcu takiego drewnianego sledża – wspomina. – Jak było więcej śniegu koło domu, to robiłem sobie tory i trochę biegałem. Później dopiero, na mistrzostwach Polski, spotkałem trenera Wiesława Cempę, który zapytał, czy bym chciał spróbować czegoś więcej. Spróbowałem i dalej już poszło.
Dziś ma za sobą pięć lat międzynarodowych startów w paranarciarstwie biegowym oraz miejsca w pierwszej piątce mistrzostw świata i zawodów z cyklu pucharu świata, a także udział w igrzyskach. Na kolejnych, w Mediolanie-Cortinie największych szans na dobry wynik upatruje oczywiście w starcie na długim dystansie, który zaplanowano na koniec zawodów, 15 marca.
– Na początku zazwyczaj nie startuję mocno, ale później wielu zawodników doganiam – mówi. – Wiem jednak, że będzie bardzo ciężko, bo mocnych chłopaków jest naprawdę dużo.
Krzysztof nie jest jednak z tych, którzy jeszcze przed startem rozkładają bezradnie ręce. Rywale powinni się więc mieć na baczności.












Brisbane 2032
Los Angeles 2028
Paryż 2024
Tokio 2020
Rio de Janeiro 2016
Londyn 2012
Pekin 2008
Ateny 2004
Sydney 2000
Atlanta 1996
Nowy Jork/Stoke Mandeville 1984
Arnhem 1980
Toronto 1976
Heidelberg 1972
Milano Cortina 2026
Pekin 2022
PyeongChang 2018
Sochi 2014
Vancouver 2010
Turyn 2006
Salt Lake City 2002
Nagano 1998
Lillehammer 1994
Albertville 1992
Innsbruck 1988
Blind football
Boccia
Goalball
Koszykówka na wózkach
Parabadminton
Parajudo
Parakajakarstwo
Parakolarstwo
Paralekkoatletyka
Parałucznictwo
Parapływanie
Parastrzelectwo
Paraszermierka
Parataekwondo
Paratenis stołowy
Paraujeżdżenie
Parawioślarstwo
Podnoszenie ciężarów
Rugby na wózkach
Siatkówka na siedząco
Tenis na wózkach
Paratriathlon
Paracurling
Parahokej
Parabiathlon
Paranarciarstwo alpejskie
Paranarciarstwo biegowe
Parasnowboard